Spotkanie z Królem Lwem, czyli safari w Parku Tsavo

Któż z nas nie pamięta tej niesamowitej bajki Disneya oraz jej głównego bohatera Simby, którego imię pochodzi z języka swahili i znaczy po prostu ,,lew”? To właśnie filmowa wersja tego hitu zainspirowała mnie do podróży na sawannę i spotkania się z ,,bohaterami” Króla Lwa oko w oko. Czy było tak jak na ekranie?

Nie. Było jeszcze piękniej, mimo iż krajobraz mocno nas zaskoczył. Odwiedzając Kenię w środku pory suchej oczekiwaliśmy pożółkłych wypalonych traw i nagich drzew. Zamiast tego spotkała nas wielka zielona łąka, kwiaty i bardzo głębokie kałuże. Jak widać, nawet na równiku pogoda potrafi zaskoczyć.

Ale na początek kilka informacji:

– Tsavo jest najstarszym parkiem narodowym w Kenii

– park podzielony jest na dwie części East i West, które razem zajmują ponad 22tys. km2.

– w parku spotkamy ,,lwy ludojady”, których historię zekranizowano pod tytułem ,,Duch i Mrok” w 1997r. Co więcej wiele z nich nie ma wcale grzywy lub jest ona jedynie szczątkowa

– park słynie również z czerwonych słoni, które swój kolor zawdzięczają ziemi o tym samym odcieniu

– na terenie wschodniej części parku nie spotkamy niestety nosorożca, ani lamparta, którego nie widziano tam od bardzo dawna

– Na safari najlepiej wybrać się na minimum dwa dni, ponieważ większość zwierząt spotkamy wieczorem lub bardzo wczesnym rankiem. Biorąc pod uwagę również fakt, że większość z turystów zatrzymuje się na wybrzeżu Kenii, dojazd do najbliższego parku jakim jest Tsavo zajmuje ok 4h w jedną stronę.

A kto to się chowa na drodze? 🙂

Żeby dostać się do parku musimy przejechać przez jedną z bram strzeżonych przez rangersów – strażników, którzy czuwają nad bezpieczeństwem i walczą z największą plagą jaką jest kłusownictwo. Oczekiwanie na wjazd to ostatnia chwila na zakup kapelusza czy… skorzystanie z toalety 😊 Najbliższe godziny spędzicie w jeepie po środku dzikiej sawanny, a przysłowiowe pójście w krzaki nie jest najlepszym pomysłem, o ile nie chcemy zostać czyimś obiadem.

Już zaraz po wjeździe do parku poczuliśmy rosnącą ekscytację, ponieważ na drodze odbite były świeże ślady wielkich kocich łap. Jednak na spotkanie tych drapieżników musieliśmy jeszcze sporo poczekać. Mknęliśmy rdzawą wijącą się drogą i cieszyliśmy oczy pięknem otaczającego nas krajobrazu. Mijaliśmy akacje, olbrzymie baobaby oraz wielkie termitiery, co chwilę przystając by obserwować zwierzęta. Strusie, stada gazel, rodzina pawianów przemierzająca wysokie trawy, olbrzymie słonie beztrosko taplające się w wodzie, żyrafy ogryzające akacje, pasące się zebry oraz nieprzewidywalne lubiące pogonić samochód bawoły to tylko niektóre z gatunków, które udało nam się zaobserwować. Filmowy Zazu co rusz przelatywał przed samochodem, a z dala zaobserwowaliśmy biegnącego Pumbę, czyli guźca.

Po południu dotarliśmy do usytuowanej na zboczu góry lodgy (Voi Safari Lodge), w której mieliśmy spędzić noc. Z lodgy rozlega się świetny widok na sawannę, a zaraz obok znajduje się wodopój, do którego chętnie zbliżają się zwierzęta. Nie mogą one jednak dostać się na teren lodgy. A przynajmniej większość z nich, ponieważ małp nie da się powstrzymać. W pokojach mogliśmy znaleźć znaki ostrzegające przed tymi złośliwymi złodziejaszkami i nakazujące zamykanie okien. Jako że podczas safari jedna z takich małpek wskoczyła nam do samochodu i chciała przywłaszczyć sobie nasze telefony, a na próby odciągnięcia jej od tego zamiaru zaczęła się denerwować i pokazywać zęby, postanowiliśmy całkowicie zastosować się do nakazu.

Zaraz po obiedzie wyruszyliśmy na dalsze safari, a nasz zapał się opłacił. Sawanna dopiero budziła się do życia. Niedaleko naszej lodgy zobaczyliśmy dosłownie Lwią Skałę. Siedem lwów leniwie wylegiwało się do zachodzącego słońca. Były bardzo daleko, więc możliwe było jedynie obserwowanie ich przez lornetkę. Dało nam to jednak apetyt na znacznie więcej i nadzieję, że jutro spotkamy je nieco bliżej.

Na drugi dzień, zmęczeni ale ciągle podekscytowani wstaliśmy o 5:30 rano, by wyjechać skoro świt. Opłaciło się. Nie ujechaliśmy daleko gdy na naszej drodze spotkaliśmy leżakujące lwy. I to dosłownie na drodze. Było to to samo stado, które widzieliśmy poprzedniego dnia na skale.

Nie bez powodu nie zaleca się wjazdu na teren parku w porze deszczowej gdyż drogi zamieniają się w błotne wąwozy. Mimo iż dla nas delikatny przelotny deszczyk był ochłodą i w znacznym stopniu zmniejszał ilość piasku unoszącego się w powietrzu, wystarczył by stworzyć głębokie kałuże, które sprawiły że utknęliśmy pośrodku niczego. Wypychające się ‘maska-w-maskę’ samochody były dopełnieniem naszej przygody.

Intensywne kolory i nocne odgłosy sawanny pozostaną na zawsze w mojej pamięci. 

Polub nas lub zaobserwuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *